niedziela, 12 kwietnia 2015

Od Kishan`a - C.D Hanami



Tak sobie muzyczka w tle ;3
~
 Kolejny skowyt psa oraz ciepła, lepka krew dostająca się do mojego pyska. Szarpnąłem w bok łbem, mocniej zaciskając szczęki na karku wyższego ode mnie psa. Ogromny pies runął na bok, przejeżdżając kilka metrów na plecach. Pozostawił za sobą ślad roztartej, ciemnoczerwonej krwi. Na Arenie dało się usłyszeć głośne okrzyki radości, nic dziwnego statystycznie 75% zgromadzonych, zawsze stawiali zakłady na mnie. Jak nic tytuł mistrza w tym roku jest na wyciągnięcie mojej łapy. No ale nic… zakończmy ten pojedynek. Zanim pies  zdążył się zebrać, w mgnieniu oka znalazłem się obok niego i wbiłem pazury w jego miękką i dosyć delikatną skórę. Zupełnie jak szczeniak. Taki kruchy, bezbronny, słaby… ścierwo! Zacząłem rzucać się jak opętany aż dostałem jakimś przedmiotem w żebra. Zanim atak się powtórzył, błyskawicznie odskoczyłem od ledwo żywego psa i złapałem w zęby ogromną pałkę, wyrywając ją barczystemu mężczyźnie z rąk. Niestety na Arenie było ich więcej i już po chwili byłem okładany nimi co chwilę. Nie dawałem jednak tak łatwo za wygraną, rzuciłem się na człowieka który najczęściej i najbrutalniej mnie uderzał. Odbiłem się tylnimi łapami od podłoża i w tym długim skoku, zdążyłem umiejscowić się na jego klatce piersiowej i wgryźć w rękę. Olbrzym ryknął z bólu. Najpewniej odgryzłbym mu tą rękę, gdyby nie to, że dostałem w łeb. Wszystko nagle się rozmyło, okropny pisk rozdzierający wszystko w około. Czułem się tak, jakby łeb mi zaraz miał eksplodować, czaszka złamała się na pół a w mózg ktoś wbił ostry, zakrzywiony nóż. Kiedy otworzyłem oczy, czułem jak wszystko mnie boli. Obok mnie stał mój właściciel, który spoglądał na mnie ze złością oraz rozdrażnieniem. Czyli jak zwykle go zawiodłem… zły ze mnie pies. Do następnej walki mam zaledwie tydzień, to wystarczająca ilość czasu, żebym znowu urżnął jakiegoś psa jak dzisiaj. Przez pierwsze trzy dni, potrzebowałem dojść do siebie. Natomiast ostatnie dni do walki, poświęciłem na treningu. Czyli wyżywaniu się na swojej ''klatce'' spałem w malutkim kantorku, na grubym łańcuchu który wbijał mi się w szyję. Nie wychodzili ze mną na spacer, tak więc nie trudno zgadnąć, że zapach tutaj był naprawdę... niesamowity. Cały czas gryząc łańcuch, troszkę go już zgryzłem jednak moje dziąsła nieźle na tym ucierpiały. Ryłem pazurami w ścianę, tak, że tynk zaczął już powoli odpadać.
- Głupi pies - usłyszałem gdy tylko otworzyły się ciężkie, metalowe drzwi [wcześniej były normalne, ale je zniszczyłem ] - to twój czas - mężczyzna się uśmiechnął a ja niemal zawyłem z radości
  Byłem pobudzony jak nigdy, wygram ten pojedynek i zbliżę się do finału! Krążyłem po okrągłej Arenie, czekając na swojego marnego przeciwnika. Nie musiałem czekać długo, jednak zamurowało mnie kiedy zobaczyłem aż dwa psy. Jak to... przecież to wbrew zasadą! Dopiero wtedy usłyszałem cichy szelest kilka metrów dalej, odwróciłem łeb i zobaczyłem swojego właściciela trzymającego dość spory plik banknotów. Sprzedał się... i przy okazji moje życie. Warknąłem i rzuciłem psom rozdrażnione spojrzenie. Usłyszałem nagłą salwę okrzyków, był to dla mnie znak. Rzuciłem się na wyglądającego mizerniej psa i wgryzłem mu się w kark. Jednak drugi pies szybko mnie z niego ściągnął, przez kilka minut trwał dziwnego rodzaju taniec. Podgryzałem je jak tylko byłem w stanie, po czym uskakiwałem przed ich atakami. Wreszcie, kiedy zobaczyłem drobny uszczerbek w ich strategi, zaatakowałem młodszego, słabszego psa rozgrywając mu skórę na plecach. Masa krwi wylała się na Arenę, a sam pies upadł z piskiem. To był koniec walki dla niego. Otrzepałem pysk z krwi i spojrzałem rozbawiony na lekko zdezorientowanego psa, który nadal pozostał w walce.
- Zapłacisz za to...
- Nie chrzań! Atakuj... no chyba, że się boisz - zaśmiałem się
Pies wpadł w szał i skoczył w moim kierunku, szybko jednak walnąłem go łapą w czoło, lekko przygniatając go następnie do ziemi. We łbie coś mu strzeliło a on sam pisnął, cudem wyrwał mi się i zaczęliśmy się równo okładać. Jednak i tak ja miałem przewagę. Pies nie miał już kawałka ucha a pomimo tego nadal sprawnie walczył.
- Przestań zgrywać kozaczka, chcesz zginąć!? - podłożyłem mu łapę, pies upadając niefortunnie skręcił sobie tylną łapę - Nawet Ci ludzie, nie zdążą Cię teraz uratować...
Stanąłem obok psa i już przygotowywałem się do ostatecznego ataku, kiedy usłyszałem mnóstwo krzyków. Bynajmniej nie były to okrzyki które miały mnie dopingować. Nagle do pomieszczenia wbiegło gdzieś 20 umundurowanych mężczyzn. Mężczyźni, zamieszani w organizowanie walk zaczęli uciekać, a reszta rozpoczęła walkę. Nie odbyło się bez strzałów. Kiedy kilka osób padło bez życia na ziemię, zdobyłem się na ucieczkę. Niestety sam przy tym oberwałem, kiedy tylko poczułem ten ogromny ból, upadłem na podłogę. Potrzebowałem chwili, żeby móc się zebrać. Kiedy już wstałem, postanowiłem zignorować ból i z całych sił w łapach uciekać. Wolność, po tylu latach... otworzyła się nowa ścieżka. Ścieżka, która niebawem może się również zakończyć.
~
 Przeżyłem, a mało brakowało. Zostałem przygarnięty przez małą sforę, małą bo jak na razie się rozrasta. Byłem już tutaj z tydzień? Na pewno nie więcej. Tak więc zdążyłem się troszkę wykurować, jeśli mogę to tak nazwać. Samodzielnie mogłem już udawać się na polowania i tym samym sposobem przestać polegać na tamtych psach. Do tej pory wyglądało to na zasadzie: Kishan odpoczywa a my podajemy mu pod nos żarcie.
Czas to wreszcie zmienić, kiedy zwęszyłem zapach saren od razu rzuciłem się w tamtym kierunku. Kiedy jednak już dotarłem na miejsce, okazało się, że ktoś mnie ubiegł. A mianowicie jakaś suczka, której nie znałem.
- Kim jesteś? - zapytałem a raczej niemile burknąłem

(Hanami?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz