~
Przez chwilę biegłem z całą swoją możliwą prędkością. Ale przez chwilę. Już po pewnym czasie zacząłem stopniowo zwalniać, coraz ciężej oddychając. Kilkakrotnie zmusiłem się jeszcze od szybszego biegu, aż w końcu przystanąłem głośno dysząc. Przez chwilę rozglądając się w około, zastanawiałem się którędy teraz iść. Niby byłem tutaj już jakiś czas, a nadal nie znałem dokładnie tych terenów. Zazwyczaj trzymałem się tylko jednej części - tej pustej. Nie miałem kontaktu praktycznie z żadnym psem, a jak coś to szybko się zmywałem. Dzisiaj zapuściłem się w głąb sfory, gdzie czuć było mnóstwo psów. Ta sytuacja nieco mnie denerwowała, ale przysiągłem sobie, że nauczę się kontrolować swoje emocję i będę się hamował. Przecież nie chcę nikogo stąd zagryźć... zaraz by mnie wywalili. Nie żebym się tym jakoś specjalnie przejmował, po prostu wędrowałbym dalej... jak zwykle sam. W końcu zdecydowałem się dalej zmierzać na północ, drzewa rosły tutaj dosyć gęsto a w oddali było słuchać szum rzeczki. Podążyłem w tamtym kierunku, w celu napicia się. Musiałem wyglądać tak, jakbym chciał się przed kimś ukryć. Co nie było prawdą, po prostu taki już miałem chód. Poza tym, psu o takim kolorze futra jak moje, przychodzi to z ogromną trudnością. Widać mnie już z daleka. Zbiegłem w dół zbocza, w połowie zaczynając hamować, tak żeby nie wpaść do zimnej wody. Przyznam, że było tutaj dosyć stromo i ślisko, ziemia rozsuwała się pod moimi łapami... musiało w nocy troszkę tutaj napadać. Ostatni metr pokonałem skokiem, lądując w wodzie po opuszki łap. Zanurzyłem pysk w wodzie, rozkoszując się chłodną i świeżą wodą. Niestety mój spokój nie trwał wiecznie i już po chwili został zagłuszony szczekaniem jakichś psów. Czyli nie tylko mi, spodobało się to miejsce? Przewróciłem oczyma po czym ruszyłem dalej, ponieważ nie chciało mi się wspinać po zboczu wskoczyłem na powalony pień drzewa, który idealnie prowadził w górę - jak taki mostek. Szybko znalazłem się na górze, akurat wtedy gdy z przeciwnej strony zaczęły ''zjeżdżać'' dwa psy w kierunku wody. Prychnąłem po czym machnąwszy ogonem, dumnie ruszyłem dalej. Niestety miałem tak wysoko podniesiony łeb, że w pewnym momencie nie zauważyłem małego urwiska. Zleciałem kilka metrów w dół, lądując w krzakach. Przynajmniej zamortyzowały mój i tak, nieprzyjemny upadek. Byłoby o wiele lepiej, gdyby nie przeklęty kolec który wbił mi się w łapę. Wyciągnąłbym go sobie, jednak nie tutaj... muszę odejść stąd jak najdalej, mam dosyć tego miejsca a w szczególności tych krzaków. Wychodząc z nich, zaczepiłem się jeszcze skórą na plecach o ostre ciernie, rozrywając ją sobie. Krwawienie na szczęście niedługo ustało, jedynie moje piękne, rude futro było teraz czerwone i brudne. Trudno, wyczyści się potem. Mając już kompletnie spartaczony humor, klnąc przed nosem wlazłem na jakąś polankę. Niestety, ktoś już tam musiał być. Jakaś suczka, która od razu przejęła się stanem mojej łapy i zaczęła biegać w około, w poszukiwaniu jakiejś roślinki. Była na tyle miła, że wyjęła mi ten kolec i kazała sobie przyłożyć zioła do ociekającej krwią rany. Głupia, co mi chce tym gestem udowodnić? Chce być miła, zaprzyjaźnić się? Nie ze mną te numery. Czekać dziesięć minut? Nie mam całego dnia, żeby przejmować się jakąś durną ranką na cholernej łapie. Nie minęła nawet minuta, kiedy odrzuciłem przesiąkniętą krwią roślinkę.
- Mocniej się nie dało? Ojej... jeszcze bardziej otworzyłeś sobie ranę - przekrzywiła łeb
Z udawanym zaciekawieniem, spojrzałem na łapę po czym uśmiechnąłem się, szorstkim językiem przejeżdżając po ranie. Metaliczny smak krwi zaczął drażnić moje podniebienie, oblizałem tak łapę jeszcze kilka razy po czym otrzepałem się. Kilka kropelek krwi z futra zaplamiło trawę, która nie była już idealnie zielona.
- Masz gdzie indziej jeszcze rany?
- Taaa ale to nic... nie takie rzeczy przeżyłem - westchnąłem wspominając ranę postrzałowej, po której została tylko blizna, zakryta sierścią.
(Juliett? Przepraszam, że tak długo i kiepsko)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz