Krzątałem się sam po świecie. Zupełnie nikomu nie potrzebny. Biegłem przez zarośla, przeskakiwałem przez rzeki, zatrzymywałem się od czasu do czasu w jakiejś obcej jaskini by przetrwać jakoś noc. Nie obchodziło mnie, czy będę mokry, brudny, rozczochrany. Miałem świat gdzieś, chciałem po prostu żyć, bo dostałem szansę. ''Żyj, bo możesz. Dostałeś szansę od Boga, więc nie zmarnuj jej'' - tylko to trzymało mnie wciąż przy życiu i NIE powodowało, że się zabiłem. Miałem jedno marzenie, jedno małe.. Ale czy ja w ogóle je miałem? Wiem, to, co napisałem nie miało dla Was sensu, ale dla mnie miało. Byłem psem, który przez nieświadomość właściciela stał się mordercą, który nie panuje nad sobą i to nie przez jego wolę, ale przez wychowanie. To nie moja wina jaki jestem, tylko w ZUPEŁNOŚCI mojego właściciela, oczywiście byłego. A wracając do mojego marzenia.. Chciałbym kogoś spotkać. Kogoś, komu mógłbym bez reszty się oddać, znaleźć na nim oparcie, który mnie wesprze i komu będę mógł bez reszty zaufać nie martwiąc się tym, że to się wyda. Ale czy dla mnie istnieje nadzieja? Odpowiedź oczywiście brzmi, nie. Kiedy tak rozmyślałem nad swoim losem, wdepnąłem w kałużę. Zupełnie nic nie poczułem, oddając się całkowicie rozmyślaniem nad sobą. Poszłem na polowanie. Gdy skończyłem w oddali zobaczyłem sukę. Piękną, majestatyczną sukę tej rasy co ja. Piła wodę ze źródła. Podeszłem do niej. - Cześć.. - przywitałem się.
<Nightmare Undiscovered>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz